czwartek, 8 października 2015

New York City



Zapisane w 2001/2002

<Początek października 2001 roku. Miesiąc po zamachach jedenastego września.
Nie mogłam tego odpuścić. Ani odłożyć. Moje największe wówczas marzenie.
Nowy Jork.

Od tygodni planowałam z najdrobniejszymi szczegółami każdą spędzoną tam minutę. Ile ja się naszukałam jakiegokolwiek hotelu, na który byłoby mnie stać, przecież to Manhattan! Trafił się chyba najgorszy z możliwych. Po latach przeczytam w sieci, że jest wręcz niebezpieczny, ma półtorej gwiazdki, a jeśli w ogóle ujęty jest na hotelowych portalach, opinie o nim balansują pomiędzy "horrible" a "worst ever". Handel narkotykami, smród, brud i karaluchy. Cóż, jakimś cudem przeżyłam tam dwie noce. Ale ważniejsze wtedy było to, co robiłam, co widziałam, gdzie byłam od poranków aż do zmierzchu.

wtorek, 19 maja 2015

droga do siebie - początek

Yellowstone National Park, pierwszy narodowy park na świecie
 
 

poczułam podmuch
obejrzałam się dla pewności
czy na pewno był dla mnie
 
a on czeka na moją reakcję
obserwuje, co zrobię
jaka będę
czy oby nie zignoruję
lub nie dowierzę
 
odwracam się z powrotem
i już wiem
że dla mnie był
 i dla mojej gęsiej skórki
  podmuch marzeń


W Stanach byłam dwa długie razy. Pierwszy raz w 2001 roku, jeszcze jako studentka, z programem Work&Travel. Drugi był łatwy do przewidzenia, po tym, jak zakochałam się bez pamięci w Montanie i możliwościach, emocjach, jakie dają podróże. Musiałam tam wrócić. Obroniłam magisterkę i przemęczyłam koszmarną drogę przez zgody, akceptacje, umowy z pracodawcą i konsulat. Tym razem był to program dla absolwentów. Drugi wyjazd był już dłuższy, bo trwał 19 miesięcy.
Mam tak wiele zapisków, notatek i listów z tamtego czasu...miały zatrzymać mnie tamtą...
Nawet w tych luźnych notatkach na kartkach, czy plikach porozrzucanych jeszcze w moim komputerze, przewija się motyw "napisania czegoś więcej", ogromnej chęci uwiecznienia nagromadzonych we mnie uczuć i emocji, których nadmiar ciężko mi było już w głowie i sercu udźwignąć. Byłam wtedy sama. Rozglądająca się, ale sama. Czasu miałam więc sporo, na myślenie, wspominanie i planowanie.
Jak zwykle gadam za dużo....


niedziela, 8 lutego 2015

memories come with snow





there are some things I thought I couldn't live without...

Barnes & Noble...coffee with Nazha
to chyba była mochaberry...
gold fish
moose track ice cream z Idaho
ford explorer z napędem na 4
Gallatin Gateway
smak piwa Miller
zakupy w Bozeman

czasem wystarczy piosenka usłyszana niechcący w radio
zwłaszcza country
jadę autem i nagle przenoszę się tam, do Ameryki

piątek, 22 sierpnia 2014

kiedy ciąg dalszy nastąpi...

Pisanie bloga nie jest prostą sprawą, zwłaszcza, gdy chce się napisać od razu o wszystkim.
Ja tak mam.
Dlatego obok mojego imienia wyświetlają się nazwy aż trzech blogów - jeden w sumie archiwalny, drugi to jego kontynuacja. A wszystkiemu "winny" jest właśnie ten, Niebieskie Okiennice.
Ma być zapisem mojej drogi od "marzeń zbyt pięknych, żeby po nie NIE sięgnąć" do domu z niebieskimi okiennicami, który kiedyś będziemy mieli w Prowansji, Szwajcarii, Polsce, nieważne.

wtorek, 6 września 2011

marzenia zbyt MOJE, by po nie nie sięgnąć

początek lipca 2001


Dokładnie pamiętam to deszczowe popołudnie, Bozeman, Greyhound station, przy stacji benzynowej i małym moteliku prowadzonym przez Polaków – Kasię i Jarka, których miałam poznać… dwa lata później! :) To był niemal kres podróży. Pamiętam też, że wtedy -  zupełnie nie wiem dlaczego – byłam pewna, że ranczo, „dom” na najbliższe 3,5 miesiąca, jest oddalony od Bozeman o 15 min drogi samochodem.  Okazało się ze myliłam się o jakieś kolejne 45, ale nigdy, ani przez moment mi to nie przeszkadzało.
Deszcz przestał już padać i niebo udawało, że nadal jest złowrogie, ale ruch na ulicy jednoznacznie wskazywał na to, że wszyscy już o burzy zapomnieli. Cudownie rześkie powietrze, po trzech dobach spędzonych w autobusach Greyhound… przyjemne uczucie. Generalnie klimat kojarzył mi się z serialem „Przystanek Alaska”, dokładnie, brakowało tylko zabłąkanego łosia na środku jezdni...(…)

moja Ameryka...

pisane dawno, dawno temu...

...

 
1999
Moja podróż zaczęła się… w moich marzeniach, lekkich, wywołujących cichy uśmiech na twarzy, wydawałoby się zbyt wielkich… New York City… lot samolotem… hmm… mieć w ręku bilet lotniczy za zawrotną sumę $, być TAM…za granicą, granicą czego? Dla kogo?

2000

Wszystko już wiem, trzeba złożyć dokumenty, wypełnić po angielsku, odbyć interview, zapożyczyć się…  Ameryka, USA, lot samolotem… zdam egzaminy na początku czerwca, wiza, konsul, ubezpieczenie… Marzenia zbyt wielkie…nie, nie, to jeszcze… nie ten moment?
Zaraz… na Hiszpanię zdecydowałam się.. zdecydowałam się?:) teraz trudno jest mi odtworzyć swój tok myślowy z początku lipca tamtego roku, ale z pewnością nie był zbyt długi:) Czy to JA podjęłam tą decyzję? Czy tylko do niej dołączyłam? Nieee.. no przecież nawet dokładnie tego wszystkiego nie przemyślałam. Tak miało się stać, więc dlaczego miałam się bronić?

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Perfekcyjnym być...

hmm...
Bardzo chciałam, żeby ten blog, mój pierwszy blog, był wyjątkowy.
Taki, jak mnóstwo blogów, do których udało mi się dotrzeć i które mam nadzieję znajdą ślad i tutaj.
Niestety - jeśli nowe posty mają się pojawiać z częstotliwością większą, niż kilka miesięcy - będą nieco chaotyczne, trochę niezdarne, będą dotyczyć tematów i myśli różnych. Może z czasem wyłoni się na ich podstawie bardziej zgrabny obraz mnie samej.

Najciekawsze wnioski zazwyczaj nasuwają mi się wieczorem, gdy ucichnie telewizor i sieć, kładę się do łóżka i czekam na mojego Skarba. Nie, nie, nie są to typowe podsumowania dnia. Raczej zaskakujące mnie samą myśli, małe odkrycia, drzemiące od kilku dni lub tygodni w podświadomości.

Dzięki ostatniemu z tych odkryć wracam do bloga, bo...lubię pisać. Jeszcze dokładnie nie wiem, czy jest ważne dla kogo piszę. A jeśli tak - nie wiem, czy piszę bardziej dla siebie, czy dla ciebie właśnie.

Pisanie, nazywanie tego, co we mnie, poszukiwanie słów i czytanie ich, to odzyskiwanie mnie samej. Dwa lata i 5 miesięcy temu urodziłam najkochańszą Kruszynkę na świecie. Za ponad kilkanaście tygodni ma przyjść na świat nasz Synek. A mój świat? Ze wspólnymi zakochanymi marzeniami o Prowansji, podróżach, trzymaniu się za ręce, z Tobą Skarbie... chcę czuć świadomie. I odkurzyć swoje w nim miejsce:)